Wyróżniamy trzy główne rodzaje unii: gospodarczą, polityczną i walutową. Oczywiście unie te bywają sprzężone i często ciężko wyobrazić sobie istnienie jednej bez drugiej. Przykładem unii politycznej była chociażby Rzeczpospolita Obojga Narodów, a z bardziej współczesnych można wymienić strefę euro jako unię walutową. Unie mają to do siebie, że panuje w nich względna nierównowaga, tzn. silniejszy partner przyciąga słabszych, którzy to stają się jego satelitami, nośnikami jego polityki. Równorzędni partnerzy dążą bowiem na ogół do konfrontacji, nie do sojuszu. Jeśli już zawiązują sojusze, to raczej tworzą wokół siebie blok państw słabszych i napuszczają go na blok przeciwnika.

Świetnym narzędziem do realizacji własnych interesów przez silne państwo jest waluta. Ale nie jakaś waluta, tylko konkretna. Musi to być waluta, nad którą kontrolę ma to silne państwo i która jest atrakcyjna dla państw słabszych. Przykładem takiej waluty jest euro. Kontrolę nad nią mają Niemcy. To oni dyktują politykę Europejskiego Banku Centralnego, który w swej istocie jest przedłużeniem Bundesbanku. Sama Unia Europejska również jest projektem geopolitycznym Niemiec. A więc w unii walutowej, jaką jest euro, Niemcy są silnym partnerem, a pozostałe państwa – słabszymi.

Casus Grecji

Naturalnie nie jest tak, że słabsi partnerzy nie odnoszą korzyści z przynależności do unii walutowej. Wprost przeciwnie. Pokusa jest bardzo duża, co pokazuje przykład Grecji i innych państw południowej Europy. Gdy słyszymy w telewizji polityków chwalących zalety wspólnej waluty, to nie dlatego, by obywatelom żyło się lepiej, tylko żeby aparat państwa miał jeszcze większe możliwości zadłużania się.

Grecja zadłużała się na potęgę. Dlaczego? Bo wreszcie mogła. Wejście Grecji do strefy euro spowodowało spadek oprocentowania greckich obligacji na skalę, której kraj nigdy wcześniej nie doświadczył. Do 2005 r. nominalne oprocentowanie greckich 10-latek obniżyło się z 20% do zaledwie 3,5%. Odejście od waluty narodowej, czyli rezygnacja z możliwości prowadzenia samodzielnej polityki monetarnej, przynajmniej na razie popłacało. Przyjęcie euro sprawiło, że inflacja praktycznie zniknęła, co przełożyło się na długoterminowy wzrost zaufania inwestorów. W latach 2001-2008 Grecja rozwijała się w tempie 3,8% rocznie, a aparat państwa mógł pożyczać coraz wyższe sumy na coraz dłuższe okresy. Było fajnie i stabilnie. Spread pomiędzy oprocentowaniem obligacji greckich a niemieckich spadł z 11% w 1998 r. do zaledwie 0,5% w 2002 r. Przynajmniej przez chwilę Grecy mogli poczuć się jak Niemcy…

W całej tej historii oczywiście nie chodzi o pieniądze. Bankierzy cierpliwie czekali, aż Grecja się wykrwawi. Nadmierne zadłużenie prędzej czy później prowadzi bowiem do całkowitej utraty suwerenności, a wspólna waluta jest piekielnie skuteczną pułapką. Greckie państwo dało się w nią złapać w zamian za krótkoterminowe korzyści. Czar solidarnej, wspólnej Europy prysł. Za wirtualne pieniądze (kto rozumie, jak działa światowy system monetarny, ten wie) zaczęto przejmować realne dobra generujące przychody, takie jak fabryki, wyspy, zasoby naturalne, sieci przesyłowe czy porty. To jest kolonizacja przy użyciu, jak to mówi Warren Buffet, finansowej broni masowego rażenia. Parafrazując Grzegorza Brauna, Grecja stała się kondominium brukselsko-niemieckim pod zarządem powierniczym międzynarodowej finansjery.

Jak to działa?

Mechanizm działania unii walutowej, w której jedno państwo jest silnym partnerem, a pozostałe – słabszymi, jest prosty. Można go podsumować w następujących punktach:

  1. Kraj względnie słabszy i/lub nieodpowiedzialny fiskalnie jest zapraszany do unii walutowej pod przewodnictwem kraju silnego, mającego kontrolę nad wspólną walutą.
  2. Społeczeństwo i banki kraju słabszego uzyskują dostęp do taniego kredytu (unia walutowa jako całość ma wysoką wiarygodność kredytową, poszczególne państwa niekoniecznie).
  3. Politycy, banki i media kraju słabszego zachęcają społeczeństwo do zadłużania się, by „napędzić gospodarkę”.
  4. Państwo silniejsze zarabia krocie na eksporcie, nie ponosząc kosztów, a elity państwa słabego cieszą się tanim pieniądzem, dzięki któremu mogą mamić swoich wyborców wzrostem gospodarczym i świadczeniami socjalnymi.
  5. Rynki finansowe mówią „sprawdzam”. Następuje wstrzymanie akcji kredytowej i utrata wiarygodności.
  6. Państwo silne przejmuje aktywa państwa słabego i podporządkowuje sobie politycznie jego elity w zamian za obietnicę ustabilizowania sytuacji i umożliwienia im pozostania w kręgach władzy.

W normalnych warunkach nieodpowiedzialność fiskalna kończy się dewaluacją waluty i bankructwem, a po pewnym czasie ponownym wkroczeniem na ścieżkę rozwoju. Przystępując do unii walutowej, a co za tym idzie zrzekając się suwerenności monetarnej, państwo słabe traci możliwość decydowania o tych sprawach. Ręka, która daje, jest zawsze ponad ręką, która bierze. Jeśli słyszmy polityka niemieckiego zapraszającego nas do unii walutowej, to warto zadać sobie proste pytanie: dla kogo chce dobrze polityk niemiecki? Dla Polaka, czy dla Niemca?

Źródła zdjęć:
1. www.dailystar.com.lb
2. www.prenglish.com.

Polub bloga na Facebooku:
http://www.facebook.com/thespinningtopblog.

Zobacz też: Grecka tragedia – przyczyny, przebieg, wnioski dla Polski.