Polityka, gospodarka, historia, ideologie, sprawy społeczne.

Co jest, a co nie jest polską racją stanu

//Co jest, a co nie jest polską racją stanu

Co jest, a co nie jest polską racją stanu

Chciałbym podzielić się szerszym spojrzeniem na konflikt rosysjo-ukraiński. Z uwagi na osobisty charakter bloga będzie on oczywiście subiektywny, ale Polityczny Bączek nie aspiruje do miana obiektywnego. Ponieważ w Internecie zapanowała istna szpiegomania i każdy może zostać ruską onucą, na wstępie zaznaczę, że nie jestem ani pro-rosyjski, ani pro-ukraiński, ani pro-amerykański. Jestem wyłącznie pro-polski (każda onuca by tak powiedziała ).

Podobnie jak mamy w Polsce kilkadziesiąt milionów selekcjonerów, tak mamy też kilkadziesiąt milionów geopolityków. Każdy z nich inaczej definiuje żywotne interesy Rzeczypospolitej, czyli jej rację stanu. Dlaczego ja miałbym nie dorzucić do tego kotła swoich trzech groszy?

GEOPOLITYKA

Państwa nie mają przyjaciół, państwa mają interesy. W polityce zagranicznej liczy się tylko to, co ktoś nam może dać, albo co nam może zrobić. Deklaracje, ciepłe słówka czy kurtuazyjne gesty to tylko granie na strunach romantyzmu mniej wyrobionych politycznie narodów. Polityka zagraniczna to sfera amoralna i należy ją wyraźnie oddzielić od stosunków między jednostkami. Na przykład można darzyć sympatią jakiegoś Ukraińca, Rosjanina czy Amerykanina, ale zupełnie czym innym jest układanie się z danym państwem z uwzględnieniem wzajemnych interesów ekonomicznych, politycznych i społecznych. Wielu Polakom uczucia przesłaniają trzeźwość myślenia. Jedni bardziej nienawidzą Rosji niż kochają Polskę, inni stawiają Ukrainę za wzór cnót, jeszcze innych niechęć do amerykańskiej polityki imperialnej pcha w objęcia Rosji.

KWESTIA AMERYKAŃSKO-CHIŃSKA

Praprzyczyną wojny na Ukrainie jest wzrost znaczenia ekonomicznego i geopolitycznego Chin. Podczas gdy Stany Zjednoczone podejmowały liczne interwencje na Bliskim Wschodzie (czytaj: zrzucały tam „liberalno-demokratyczne” bomby), wyrósł im silny konkurent. Po wejściu Chin do Światowej Organizacji Handlu w grudniu 2001 r. Państwo Środka pokojowo i konsekwentnie budowało swój dobrobyt, wyciągając dziesiątki (jeśli nie setki) milionów ludzi z biedy. Najpierw kojarzone głównie z niskiej jakości produktami „made in China” i rezerwuarem taniej siły roboczej, dziś coraz częściej dysponuje zaawansowanymi technologiami. Jest to państwo o ogromnym potencjale demograficznym, surowcowym, ekonomicznym i militarnym.

Niestety tragizm polityki mocarstw polega na tym, że na świecie jest miejsce tylko dla jednego hegemona. Stany Zjednoczone – jako dominujące mocarstwo morskie i architekt systemu światowego stworzonego po II wojnie światowej – pilnują, by szlaki komunikacyjne i handlowe były otwarte i niezakłócone oraz służyły generowaniu wymiany towarowej (czyli przede wszystkim własnym interesom). Od strony finansowej interesy te obsługują Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

Wolność tych szlaków (tzw. wolny rynek) to iluzja, której ulegamy w błogich czasach pokoju. Szlaki i przepływy są bowiem tylko o tyle „wolne”, o ile są chronione przez tego, którego interesy te szlaki w największej mierze obsługują. Wcześniej w historii mieliśmy m.in. Pax Romana czy Pax Britannica. Marzyło się to również Napoleonowi czy Akwareliście.

Po upadku Związku Radzieckiego pozycja Amerykanów w systemie światowym stała się niekwestionowana. Jako „policjant świata” dyscyplinują oni nieposłusznych, czyli tych, którzy ośmielają się te zasady kwestionować. Gdy Husajn przebąkiwał coś o rozliczaniu ropy w euro, a Kaddafi o złotym dinarze, na ich kraje spadły bomby. Ale ponieważ to były „nasze” bomby, mało kto protestował.

Na to wszystko nałożyła się własna słabość Amerykanów. Projekcja siły Stanów Zjednoczonych jest bowiem możliwa głównie dzięki dolarowi jako walucie rezerwowej świata. Zasada jest prosta: masz przyjmować bezwartościowe, świeżo wydrukowane dolary w zamian za realne dobra, które produkujesz. W przypadku Rosji są to przede wszystkim surowce, a w przypadku Chin – dobra konsumpcyjne. Jeśli ci to nie pasuje, to odetniemy cię od SWIFT (np. casus Iranu) albo zrobimy ci w kraju taką demokrację, że popamiętasz. Chiny i Rosja zażądały większego udziału w tym światowym torcie. Nie chcą już przyjmować bezwartościowych zielonych, stąd strukturalne napięcia, powoływanie azjatyckich organizacji współpracy gospodarczej, tworzenie alternatyw dla SWIFT, MFW i Banku Światowego, skupowanie złota przez azjatyckie banki centralne oraz kolejne wojny zastępcze, które trwają przecież nie od 24 lutego 2022 r.

STREFY BUFOROWE, KONFLIKT ROSYJSKO-UKRAIŃSKI

Mocarstwa, nawet te regionalne, mają swoje „strefy buforowe”. Traktują je jako własne poletka, wyłączne strefy wpływów. Można na to tupać nóżkami, wznosić hasła o suwerenności, samostanowieniu, ale to nie zmieni faktu, że dane mocarstwo przestanie je tak traktować. Rosja traktuje dzisiejszą Ukrainę jako swoją strefę buforową. Podejmując tam próby przewrotów politycznych (Majdan), instalowania rakiet wymierzonych w Rosję itd., należało liczyć się z reakcją. Podobnie podejmując takie próby w Meksyku, Kanadzie czy Ameryce Południowej – które to terytoria z kolei Stany Zjednoczone traktują jako własną strefę wpływów – też należałoby liczyć się z reakcją, prawda?

W tym kontekście trwający konflikt na Ukrainie to jedynie wojna zastępcza. Chcąc uderzyć w Chiny, Amerykanie muszą osłabić Rosję. A żeby osłabić Rosję, trzeba „wyrwać” jej Ukrainę. Dzieje się to nie od 24 lutego, a od Majdanu. Amerykanie mają długą i udokumentowaną historię wzniecania zamieszek i organizowania przewrotów na całym świecie. W wielu przypadkach ich ocena pozostaje, najdelikatniej mówiąc, „dwuznaczna”. Po Majdanie Federacja Rosyjska wykonała ruch wyprzedzający. Pisał o tym w „Wielkiej szachownicy” (1997) Zbigniew Brzeziński, główny ideolog amerykańskiego imperializmu:

„Potencjalnie najbardziej niebezpiecznym scenariuszem byłoby powstanie wielkiej koalicji Chin, Rosji i być może Iranu […]. Przypominałaby ona swoją skalą i zasięgiem dawny blok sowiecko-chiński, choć tym razem przywódcą nie byłaby zapewne Rosja, tylko Chiny. Neutralizacja tego niebezpieczeństwa, jakkolwiek mało prawdopodobne może się ono wydawać, będzie wymagać od Stanów Zjednoczonych zręcznej gry geostrategicznej na zachodnim, wschodnim i południowym krańcu Eurazji jednocześnie”.

KWESTIA POLSKA

Ze względów historycznych, o których długo by pisać, Polska nie jest państwem podmiotowym. A skoro nie jesteśmy państwem podmiotowym – i od tzw. transformacji ustrojowej nie ma w naszym kraju woli politycznej, byśmy się nim stali (a przynajmniej ja takiej woli nie widzę) – to możemy jedynie orientować się na jedną z rywalizujących ze sobą potęg. Dopóki nie wybijemy się na niezależność (jeśli kiedykolwiek), dopóty będziemy jedynie przedmiotem rozgrywek międzynarodowych. A żeby wybić się na niezależność, to trzeba mieć siłę ekonomiczną i militarną. Mając ograniczone pole manewru, możemy albo obrać stronę, albo lawirować. Łatwe to nie jest, bo presja jest ogromna. Jeśli chcemy iść na wojnę, to musimy być na nią gotowi. A nie jesteśmy.

Pytanie to można postawić też inaczej: na jakich warunkach chcemy się rozwijać? Rosyjskich? Amerykańskich? A może chińskich? Któreś z nich trzeba wybrać, bo świat raczej nie będzie naśladować nas, Polaków. Przez dziesięciolecia rzesze ludzi chciało „być jak Amerykanie”. To był atrakcyjny styl życia, kultura o szerokim oddziaływaniu. Czy ktoś chciał być wtedy lub teraz Rosjaninem? Wiadomo, że każdy Polak autentycznie zatroskany o losy kraju powie, że Polska powinna być niezależna, suwerenna oraz rozwijać się i wzmacniać na własnych zasadach, no ale jest jak jest: nie żyjemy w próżni, a elity mamy, jakie mamy.

KWESTIA ROSYJSKA

Rosja była, jest i będzie naszym wrogiem. Od kilku wieków prowadzimy z nią rywalizację na pomoście bałtycko-czarnomorskim, z różnym, często opłakanym dla nas, skutkiem. W interesie Rzeczypospolitej jest (w scenariuszu wymarzonym) osłabienie i dezintegracja Rosji, a co najmniej wypchnięcie jej z polityki europejskiej (przerwanie więzi niemiecko-francusko-rosyjskiej).

Dla świata Zachodu Rosja nie ma żadnej sensownej oferty cywilizacyjnej. Nadejście Rosji nie niesie ze sobą postępu, modernizacji, rozwoju gospodarczego czy kaganka oświaty. Oferta Rosji obejmuje wyłącznie brutalną siłę i bezwzględne podporządkowanie. Nie należy upatrywać w niej „Trzeciego Rzymu” w kontrze do „zgniłego Zachodu” (tak, Zachód jest zgniły, ale lepsze to niż „Ruski Mir”). Piękna rosyjska kultura wysoka (balet, literatura), będąca elementem spuścizny całego świata, nie może przysłaniać nam oczywistej prawdy: Rosja to inna cywilizacja.

Jak pisał Feliks Koneczny, „nie można być cywilizowanym na dwa sposoby”. Rosja jest uosobieniem i spadkobierczynią cywilizacji turańskiej (stepowej), która miała swoją kolebkę w Azji Północno-Wschodniej, a swoje wpływy rozszerzyła również na Azję Centralną, Moskwę i Ruś. W pracy pt. „Rozwój moralności” Koneczny pisze, iż turańska cywilizacja „wyprowadza całe życie publiczne z władzy obozowej i jest ono zasadniczo bezetyczne”. Koncentruje się ono wokół osoby wodza, który jest „półbogiem”, panem życia i śmierci (chan, car, sekretarz partii, prezydent).

W cywilizacji turańskiej kaprysy wodza zastępują prawo. Według Konecznego władca „jest właścicielem całego państwa, wszystkich i wszystkiego, a cała ludność znajduje się u niego w niewoli. Może on, o ile jego łaska, dopuścić innych do jakiejś formy własności i do wolności osobistej, lecz jedno i drugie zawsze tylko do odwołania. To właśnie stanowi cechę tej cywilizacji”. Ludy tej cywilizacji to pułki wojowników, których racją istnienia są wojna i podboje. W czasach pokoju ludy cywilizacji turańskiej popadają w marazm i bezwład.

Uważam, że (w warunkach pokoju) z Rosją należy handlować i pertraktować (nie mylić z uzależnieniem) jak z każdym innym państwem, bo w polityce nie ma sentymentów. Nie wolno jednak ulegać złudzeniu, że w cieniu Rosji jakiekolwiek państwo czeka awans cywilizacyjny, ani w wymiarze materialnym, ani duchowym.

KWESTIA UKRAIŃSKA

Nie boję się tego napisać: w moim odczuciu walczą ze sobą państwo nam nieprzychylne (Ukraina) z państwem nam wrogim (Rosja). Przed wybuchem wojny państwo ukraińskie wykonywało wobec nas szereg nieprzyjaznych gestów (banderyzm, blokowanie tranzytu kolejowego do Polski, niewpuszczanie polskich dziennikarzy na konferencje, negacja rzezi wołyńskiej i blokowanie ekshumacji ofiar), nie wspominając o zaszłościach historycznych. Ba, jeszcze do niedawna używana wersja ukraińskiego hymnu (1992-2003) mówiła o Ukrainie od Sanu do Donu („Staniemy bracia do krwawego boju od Sanu do Donu”). Nagle, po wybuchu konfliktu, oligarchiczna, przeżarta korupcją Ukraina stała się uosobieniem wszelkich cnót.

Pod warunkiem, że konflikt nie rozleje się na nasze terytorium (a niestety takie ryzyko istnieje), to jest on dla nas spełnieniem założeń polityki realistycznej (niem. realpolitik). Taka polityka opiera się na kalkulacji siły i interesów narodowych, a odrzuca wpływ czynników ideowych i moralnych. Amerykanie postanowili walczyć z Rosją do ostatniego Ukraińca. W tym kontekście nasz interes jest zbieżny z interesem Anglosasów: osłabiać Rosję cudzymi rękami. Ta wojna osłabia oba te państwa (nieprzychylne i wrogie).

Silna Ukraina nie jest w interesie Rzeczypospolitej. Silna Ukraina to potencjalny konkurent w naszym regionie. Silne państwo ukraińskie w każdej chwili może wykonać zwrot przeciwko nam. Moim zdaniem idealna dla nas była sytuacja patowa sprzed wybuchu wojny: zajęte niektóre ziemie ukraińskie (ale samo państwo wciąż sterowne), wojsko ukraińskie zaangażowane na wschodzie kraju, słabość wewnętrzna; innymi słowy takie „nie wiadomo co”. Właśnie takie „nie wiadomo co”, ni to na Zachód, ni to na Wschód, byłoby w moim odczuciu najlepszym buforem dla nas.

Z kolei najgorszym scenariuszem byłoby zajęcie Kijowa i upadek Ukrainy. Wtedy graniczymy z Rosją w całej rozciągłości: z Kaliningradem, zwasalizowaną Białorusią i przejętą Ukrainą. Stalibyśmy się państwem frontowym i zapleczem dla działań zaczepnych ukraińskiej partyzantki, a Rosja i Niemcy natychmiast wróciłyby do „business as usual”. Życie w cieniu Rosji, zwłaszcza dogadanej z Niemcami, naprawdę nie jest fajne. Dlatego w tym pojedynku trzymam kciuki albo za zwycięstwo Ukraińców, albo za powrót do sytuacji patowej sprzed wojny.

W tym kontekście znów posłużę się cytatem z „Wielkiej szachownicy”:

„Ukraina, nowe, ważne pole na szachownicy euroazjatyckiej, jest sworzniem geopolitycznym, ponieważ samo istnienie niepodległego państwa ukraińskiego pomaga przekształcać Rosję. Bez Ukrainy Rosja przestaje być imperium euroazjatyckim.

[…]. Jeżeli jednak Moskwa ponownie zdobędzie władzę nad Ukrainą, wraz z pięćdziesięcioma dwoma milionami jej obywateli, ogromnymi bogactwami naturalnymi oraz dostępem do Morza Czarnego, automatycznie odzyska możliwość stania się potężnym imperium spinającym Europę i Azję. Utrata niepodległości przez Ukrainę miałaby natychmiastowe konsekwencje dla Europy Środkowej, przekształcając Polskę w sworzeń geopolityczny na wschodniej granicy zjednoczonej Europy”.

KWESTIA PAŃSTWA DWUNARODOWEGO

Po upadku dawnych monarchii i nadejściu ery nacjonalizmów państwa wielonarodowe/wieloetniczne są targane wewnętrznymi konfliktami, niekiedy krwawymi. Przykłady z historii można mnożyć. Nie da się zawrócić kijem rzeki. Państwo dwunarodowe nie leży w naszym interesie. Ogromna mniejszość ukraińska może w pewnym momencie zorganizować się i zacząć wysuwać ambicje polityczne. A przecież chcemy być gospodarzami we własnym kraju? Poza tym prędzej czy później taka sytuacja zawsze rodzi napięcia społeczne. Jest fajnie, dopóki jest fajnie. Ale gdy przychodzi kryzys, to jesteśmy „my” i są „oni”. Nie będę tu przytaczać tzw. dowodów anegdotycznych na poparcie tej tezy, ale obok przejawów serdeczności i gościnności wobec przybyszów zaczynam też obserwować liczne przykłady postaw odmiennych.

Jeśli zaś chodzi o ewentualne wejście Ukrainy do NATO, to spowodowałoby ono, że stalibyśmy się państwem frontowym. Czy jesteśmy gotowi walczyć nad Dnieprem? Federacja, Międzymorze, idea jagiellońska, to piękne koncepcje. Co do zasady posiadanie buforów w postaci ciążących ku nam Ukrainy, Białorusi czy państw bałtyckich jako przeciwwagi zarówno dla Zachodu, jak i Rosji leży w naszym interesie, ale na ten moment jesteśmy na to po prostu za słabi pod każdym względem – ekonomicznym, militarnym i kulturowym.

W SKRÓCIE

  1. Rosja – wróg, obca cywilizacja i obcy system wartości; osłabiać, ale nie własnymi rękami (no chyba, że kiedyś staniemy się co najmniej regionalnym mocarstwem, a na to w dającej się przewidzieć przyszłości się nie zanosi).
  2. Ukraina – państwo nieprzychylne; ze względu na wspólnego wroga – pomagać poprzez dostarczanie sprzętu, ale w żadnym razie nie angażować polskiego żołnierza ani nie wychodzić przed szereg (poza NATO); dobrze byłoby też tą pomocą coś ugrać (ekshumacje na Wołyniu, porzucenie banderyzmu przez Ukraińców itp.).
  3. Uchodźcom pomagać na czas trwania konfliktu, ale nie faworyzować względem polskich obywateli.
  4. Jeśli wybór jest zerojedynkowy – a takowy będzie, dopóki nie wybijemy się na niezależność – to mimo wszystkich jego wad wolę imperializm amerykański od imperializmu rosyjskiego. Model chiński odrzucam – fajna jest nieskrępowana przedsiębiorczość dla maluczkich, ale system oceny obywateli, wszechwładza państwa i nawet nominalny komunizm są dla mnie nie do zaakceptowania.
  5. Państwo dwunarodowe – nie.
  6. Przyjęcie Ukrainy do NATO – nie.

Źródła zdjęć: Olek Remesz (wiki-pl: Orem, commons: Orem), wikipedia

Polub bloga na Facebooku: Polityczny Bączek

By | 2022-11-25T10:55:09+00:00 25 listopada 2022|0 komentarzy

About the Author:

Kamil Cywka
Tłumacz, lektor, komentator, pisarz. Autor powieści pt. „Bękart” oraz zbioru wierszy pt. „Miłość, miasto, mrok”. Konserwatywny liberał. Interesują mnie głównie dziedziny takie jak historia, polityka, ekonomia, ideologie i doktryny oraz sprawy społeczne. Na The Spinning Top Blog staram się poruszać tematy pomijane w mediach głównego nurtu oraz promować wolność, samodzielne myślenie i świadome życie we wszystkich jego aspektach.

Zostaw komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.