Konserwatywny liberalizm, leseferyzm, minarchizm, merytokracja.

Czynne prawo wyborcze nie dla każdego?

//Czynne prawo wyborcze nie dla każdego?

Czynne prawo wyborcze nie dla każdego?

Wśród antysystemowych kandydatów na prezydenta motywem przewodnim tej kampanii jest „zmiana ustroju państwa”. Janusz Korwin-Mikke na każdym kroku podkreśla, że nie jest demokratą. Dla Pawła Kukiza receptą na zwrócenie Polski obywatelom są jednomandatowe okręgi wyborcze. Pozostali kandydaci również postulują wprowadzenie „głębokich zmian”. Ilu selekcjonerów, tyle pomysłów na kadrę. Ilu kandydatów na prezydenta, tyle pomysłów na państwo. Mimo to co do jednego zapewne zgodziliby się wszyscy, niezależnie od wyznawanych poglądów: demokracja przedstawicielska to straszny syf.

Demokracja przedstawicielska w Polsce to demokracja słupkowo-sondażowa, fasadowa, telewizyjna. Wybory prezydenckie to konkurs piękności, a parlamentarne licytacja na to, kto da więcej. Projekty obywatelskie lądują w koszu, rządzący działają wbrew polskiej racji stanu, a my raz na kilka lat łaskawie dostajemy możliwość zmiany pana. W połączeniu z biernością społeczeństwa tworzy to wysoce szkodliwy, patologiczny system, który w dłuższej perspektywie może doprowadzić nawet do upadku państwa.

Oczywiście żeby wprowadzić jakąkolwiek zmianę, należałoby najpierw odsunąć od władzy obecny postmagdalenkowy układ. Załóżmy, że tak się stało. Co dalej? Demokracja bezpośrednia? Demokracja płynna? Jakaś forma monarchii? Dyktatura oświecona? Po licznych dyskusjach z czytelnikami The Spinning Top Blog oraz moich własnych, wieloletnich obserwacjach ludzi i ich zachowań doszedłem do dwóch wniosków:

  1. O ewentualnej zmianie ustroju powinna decydować elita społeczeństwa, czyli jednostki najbardziej oczytane i najlepiej rozeznane w dziedzinach, takich jak geopolityka, historia czy ekonomia. Jak wyłonić taką elitę? Patrz punkt drugi.
  2. Nie każdy powinien mieć czynne prawo wyborcze.

Korwin często cytuje Churchilla, który twierdził, że „najlepszym argumentem przeciwko demokracji jest pięciominutowa rozmowa z przeciętnym wyborcą”. Osobiście wciąż jestem zwolennikiem demokracji bezpośredniej, a już najbardziej płynnej, ale z ograniczonym czynnym prawem wyborczym. W tej ostatniej kwestii zmieniłem zdanie całkiem niedawno, w głównej mierze w wyniku rozczarowania ludźmi i ich postawą. Kogo miał na myśli Churchill, mówiąc o przeciętnym wyborcy, można zobaczyć w dowolnym odcinku programu „Matura to bzdura”, albo w materiale, takim jak ten:

Na przestrzeni wieków czynne prawo wyborcze było konsekwentnie rozszerzane na kolejne grupy społeczne. Działo się tak zapewne dlatego, że rządzący zorientowali się, że im więcej nieświadomych osób głosuje, tym lepszy osiągają wynik. We współczesnych społeczeństwach demokratycznych, w których ludzie przyzwyczaili się do wolności słowa i możliwości w miarę swobodnego wyrażania swoich opinii, panuje przekonanie, że dorosły, inteligentny człowiek powinien mieć swoje zdanie na każdy temat. Tylko czy to jest w ogóle możliwe? Nie można przecież znać się na wszystkim. Czym jest wybór niepoparty wiedzą? Czy ma jakąkolwiek wartość? Co tzw. przeciętny wyborca, który owszem może być dorosłym, inteligentnym człowiekiem, odpowiedziałby na pytanie: „Co pan sądzi o najnowszym silniku Rolls Royce’a”? Niestety mało kto zdaje sobie sprawę, że głosując w wyborach, jednocześnie wypowiada się w wielu ważnych kwestiach politycznych, gospodarczych i społecznych, o których nie ma bladego pojęcia.

W państwie demokratycznym ludzi można podzielić zasadniczo na dwa typy: „mieszkańców” i „obywateli”. Ci pierwsi jedynie zamieszkują dany obszar. Im będzie dobrze wszędzie tam, gdzie będą mieć dostęp do rzeczy, których potrzebują do swojego stylu życia. W dużym skrócie to osoby, które twierdzą, że „nie interesują się polityką”. Z kolei „obywatele” to ludzie zatroskani o dobro kraju, choć nie zawsze dysponujący wiedzą umożliwiającą podejmowanie świadomych decyzji. W każdym razie tylko spośród tej drugiej grupy można by wyłonić wspomnianą elitę. Jak to zrobić? Na przykład przez ograniczenie czynnego prawa wyborczego.

Myślę, że jednym ze skutecznych sposobów ograniczenia prawa wyborczego byłoby coś w rodzaju „egzaminu na wyborcę”. Obecnie mamy do czynienia z opcją „opt-out”, czyli każdy ma prawo do głosowania, ale może z niego zrezygnować na przykład nie idąc na wybory. Po zmianie mielibyśmy opcję „opt-in”, czyli każdy może mieć prawo do głosowania, ale musi wykazać trochę inicjatywy. Kto przeprowadzałby taki egzamin, jakie byłyby pytania, i kto by je układał, to według mnie kwestie techniczne. Najważniejsze jest to, czy tak obrany kierunek zmian jest słuszny. Moim zdaniem tak.

W życiu zdajemy tak wiele różnych egzaminów, że jeden dodatkowy nie zrobiłby różnicy, a mógłby znacząco zwiększyć jakość polskiego życia publicznego. Można śmiało założyć, że w opcji „opt-in” uzyskaniem prawa wyborczego poprzez egzamin nie byłaby zainteresowana zdecydowana większość „mieszkańców”. Prawo wyborcze mogłoby być też automatycznie odbierane osobom, które nie uczestniczyły w wyborach na przykład trzy razy z rzędu. Z kolei spośród tych, którzy do egzaminu by przystąpili, część zapewne by go nie zdała. A pytania wcale nie musiałyby być trudne. W niedawno przeprowadzonej ankiecie w Wielkiej Brytanii 60% respondentów nie potrafiła powiedzieć, co to jest PKB. A żeby jeszcze bardziej ukierunkować egzamin na świadomość obywatelską, mógłby on zawierać pytania o to, jak głosował dany kandydat/partia w najważniejszych kwestiach.

W ten sposób wyłoniłaby się elita zdolna podejmować świadome decyzje. Na chwilę obecną uważam, że to jedyne sensowne rozwiązanie. Od tego należałoby zacząć. Jeśli powiedzmy po kilkunastu latach sytuacja w kraju nie uległaby zmianie, wtedy należałoby zastanowić się nad podjęciem innych kroków.

Źródła zdjęć:
1. www.notarialnie.com.
2. www.tvpparlament.pl

Polub bloga na Facebooku:
www.facebook.com/thespinningtopblog.

Zobacz też: Krótki poradnik przedwyborczy.

By | 2018-05-27T08:47:03+00:00 6 kwietnia 2015|6 komentarzy

About the Author:

Kamil Cywka
Tłumacz, lektor, publicysta-amator, pisarz. Autor powieści pt. „Bękart”. Konserwatysta, leseferysta, wolnorynkowiec. Interesują mnie głównie dziedziny takie jak historia, filozofia, polityka, ekonomia, ideologie, doktryny oraz sprawy społeczne. Na The Spinning Top Blog staram się poruszać tematy pomijane w mediach głównego nurtu oraz promować wolność, samodzielne myślenie i świadome życie we wszystkich jego aspektach.

6 komentarzy

  1. Fisher 06/04/2015 w 6:59 pm - Odpowiedz

    Jako mieszkaniec tego państwa nie mam nic przeciwko.

  2. mac 07/04/2015 w 2:15 pm - Odpowiedz

    Bardzo dobry pomysł, popieram.

  3. Artur K. 07/04/2015 w 4:42 pm - Odpowiedz

    Porzućcie wszelką nadzieję. Nikt tego nie wprowadzi, bo skończyłoby się wodzenie za nos stada biologicznych automatów i trzeba by było rozliczać się z efektów przed myślącymi i samoświadomymi ludźmi, a nie opowiadać bajki na kolejne kadencje i uciekać się do socjotechniki w celu uniknięcia „nadmiernego” skomplikowania przekazu. Jedyny sensowny kandydat zrezygnował – Pan Narymunt Rożyński. Tak więc nie ma na kogo głosować.

    http://www.mpolska24.pl/post/8042/iii-rzeczpospolita-kewska-1989-2015-upadek-i-zaglada-narodu-polskiego

    • Kamil Cywka
      Kamil Cywka 08/04/2015 w 4:58 am - Odpowiedz

      Zdarza mi się czytać tego pana. Mimo to wezmę udział w głosowaniu, choć po wyborach samorządowych jego wiarygodność jest wątpliwa.

  4. Marek 18/04/2015 w 7:17 pm - Odpowiedz

    To nadal będzie Casting nie ma co się tak unosić świadomością polityczną. Ja proponuje inne rozwiązanie – TEST WYBORCZY
    – np. 12 ważnych bieżących spraw
    – 12 możliwych rozwiązań tego problemu.
    – Wszystko na jednej karcie do głosowania formatu A4
    – wyborca wprowadza odpowiedzi jak na kuponie Lottka zakreślając odpowiedzi.
    – do liczenia głosów można użyć istniejącego i sprawdzonego systemu jak w kolekturze lotto (wyniki wyborów w klika minut!)

    12 spraw i 12 rozwiązań było by wylosowane z pośród większej liczby przedłożonej przez partię polityczne lub kandydatów, tak żeby utrudnić manipulację, czy też podpowiadanie odpowiedzi w mediach, bo te pytania i odpowiedzi mogły by się po prostu nie znaleźć na kartach do głosowania.

    – Wyborca po wypełnieniu karty do głosownia nie wiedział by na kogo oddał głos!
    – Odpowiedzi determinowały by jego wybór!

  5. Krystian 22/06/2015 w 5:25 pm - Odpowiedz

    Test na wyborcę? Nie jest to też optymalne rozwiązanie, gdyż nie każdy wyborca powinien interesować się wszystkimi aspektami życia publicznego.

    W moim mniemaniu dużo lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie obywatelskiej swobody przedstawianiu i rozwijania ustaw przy demokracji bezpośredniej. Każda propozycja ustawy, która spotka się z minimalnym wymaganym poparciem w danym regionie lub w grupie społecznej, której ta ustawa by dotyczyła, powinna być poddawana z automatu publicznemu głosowaniu. Głosowanie powinno być dobrowolne (dla zainteresowanych) i rozciągnięte w dłuższym okresie czasu, aniżeli jeden dzień.
    Obywatele sami modyfikowaliby prawo w zależności od społecznego poparcia i z własnej inicjatywy. Koniec z zachłannymi politykami-ustawodawcami, którzy sprzedają ustawy za pieniądze. Aby zmienić prawo, obywatel sam musiałby włożyć w to konkretny wysiłek.

    Moim wzorcem jest tutaj rozwój otwartego oprogramowania, w którym każdy zainteresowany może mieć wpływ na rozwój konkretnego projektu i nic to nie kosztuje użytkowników takiego oprogramowania.

Zostaw komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.