W mojej niedawnej rozmowie z Piotrem Surmackim, organizatorem protestu przedsiębiorców pod Sejmem, padło stwierdzenie, że jeśli nie zaczniemy myśleć o rzeczywistych problemach społecznych w sposób medialny, marketingowy, to te problemy nigdy nie zostaną rozwiązane. Coś w tym jest. Tandeta, kicz, żenada oraz rzeczy zupełnie nieistotne z perspektywy społeczeństwa czy gospodarki mają w Polsce świetny marketing. Nie bez powodu zresztą, gdyż skutecznie odwracają uwagę od najbardziej palących problemów. Na drugim biegunie są z kolei wartościowe idee, które wbrew obiegowej opinii nie są i nie będą w stanie obronić się same. Potrzebują solidnego marketingu.

Weźmy taki Marsz Niepodległości. Idea to piękna. Około stutysięczny tłum idzie sobie ulicami Warszawy, żeby zamanifestować swój patriotyzm i szeroko rozumiane niezadowolenie z obecnej sytuacji w kraju. Z tłumu tego wyłamuje się kilkadziesiąt osób, które wywołują zadymę z policją. Policja ich pacyfikuje, łącznie z każdym, kto nawinie się pod pałkę. Byłem, więc widziałem. Sytuacja zostaje w perfekcyjny sposób wykorzystana marketingowo i urasta do rangi problemu społecznego. Nie trzeba nawet zakazywać organizowania Marszu, wystarczy że społeczeństwo się od niego odwróci.

Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że piękne i słuszne idee mają w Polsce bardzo słaby marketing. Tandeta i żenada są serwowane na każdym kroku, w ładnych opakowaniach i przez gustownie ubranych kelnerów, zaś rzeczy wartościowe są utożsamiane z herezją i teoriami spiskowymi. Oczywiście problem jest głębszy, bo chodzi o świadomość społeczną, ale to właśnie marketing kreuje tę świadomość. Przykładowo ludzie kupują te książki i oglądają te filmy, które im się zareklamuje; wystarczy spojrzeć na listę bestsellerów w pierwszej lepszej księgarni – relacja z marketingiem jest niemal jeden do jednego. Podobnie ludzie przyjmą tę ideę – a potem będą ją promować swoją postawą i powtarzać jako własną opinię – która ma najskuteczniejszy marketing. Walka o ludzkie dusze, bo to o nie w tym wszystkim chodzi, przeniosła się na inny front. Cóż, znak czasu…

Do czego zmierzam? Otóż uważam, że walimy głową w mur. Mówiąc metaforycznie, my, czyli wolnościowcy, przychodzimy z nożami na bitwę na pistolety. Ludzie, z którymi walczymy, mają władzę, media, banki, strategiczne sektory gospodarki i wiernych wyznawców, zarówno tych świadomych (dziennikarze), jak i nieświadomych (spora część społeczeństwa). Tymczasem my stosujemy metody typowe dla otwartych konfliktów: tworzymy partie polityczne, zabiegamy o głosy, wychodzimy na ulice w marszach i protestach. Zamiast tego powinniśmy walczyć o ludzkie dusze metodami partyzanckimi: budować oddolne ruchy, najlepiej liczne ale zdecentralizowane, bo w takie najtrudniej uderzyć. System zatrzymuje się w momencie, gdy dostateczna liczba ludzi po prostu przestaje w nim uczestniczyć. Zabieganie o głosy to ostateczność. Nie tędy droga. Nasze problemy nie są polityczne. Nasz problem to ludzie, którzy nie rozumieją instrukcji na karcie do głosowania. Zresztą głos osoby nieświadomej i tak nie jest nic wart, podobnie jak wsparcie kibica, który klaszcze po zwycięstwie, a obraża się po porażce.

My wolnościowcy musimy w końcu zrozumieć, że w otwartej walce nie mamy najmniejszych szans, co dobitnie pokazały ostatnie wybory. Nawet gdyby pojawiła się iskierka nadziei, to wybory zawsze można zmanipulować albo wypaczyć ich wynik. Zresztą problem i tak leży gdzie indziej. To jest jak w Matriksie: dopóki ludzie są podłączeni do tego systemu, to będą jego częścią, a nawet będą próbować go bronić. Na dzień dzisiejszy, czy nam się to podoba czy nie, społeczeństwo nie chce marszów, protestów i okupacji Państwowej Komisji Wyborczej. Dla społeczeństwa to są rozróby, warcholstwo i niepotrzebne zamieszanie. Społeczeństwo chce świętego spokoju, chce bezpieczeństwa. Oczywiście Polacy nie zdają sobie sprawy, że bezpieczeństwo ma swoją cenę. Jak mawiał Benjamin Franklin, ci, którzy poświęcają wolność dla bezpieczeństwa, nie zasługują ani na jedno, ani na drugie.

Na koniec, wracając do tematu wpisu, dziwi mnie to, że ten marketing wartościowych idei jest w Polsce tak słaby. Przecież w nurcie wolnościowym jest cała masa młodych, przedsiębiorczych i kreatywnych osób, które mogłyby zrobić świetny PR niejednej idei, porównywalny jakością z TVN-owskim. Czy jako wolnościowcy daliśmy się przekupić smartfonami, wakacjami w Egipcie, wysokobudżetowymi serialami-tasiemcami, imprezkami, nowymi kolekcjami i promocjami w Rossmannie? Odpowiedź na to pytanie zostawiam Wam, a w ramach podsumowania powyższych wywodów taka oto teza: obecna sytuacja społeczno-polityczna wymaga moim zdaniem zmiany podejścia na bardziej partyzanckie; w długiej i uciążliwej walce z partyzantami poległo już niejedno mocarstwo.

Źródła zdjęć:
1. Kobieta: www.autonomy.com.
2. Dłoń: www.youvisit.com.

Polub bloga na Facebooku:
www.facebook.com/thespinningtopblog.

Zobacz też: Jak zmienić Polskę – 10 postulatów.