Konserwatywny liberalizm, leseferyzm, minarchizm, merytokracja.

Śmierć jak główka kapusty (2)

//Śmierć jak główka kapusty (2)

Śmierć jak główka kapusty (2)

6 kwietnia 1994 r. nad Kigali zestrzelono samolot z prezydentem Habyarimanem na pokładzie. Do dziś nie wiadomo, kto stał za tym zamachem, ale przez będącą u władzy większość Hutu został on odczytany jednoznacznie: „Tutsi zamordowali naszego prezydenta!”. Nie ma chyba artykułu czy filmu o Rwandzie, który nie wspomniałby o tym wydarzeniu. Był to punkt zapalny ludobójstwa, preludium wydarzeń, których jeszcze wtedy nie spodziewał się chyba nikt.

Warto tutaj jednak wyraźnie podkreślić, że apokalipsa, która rozpoczęła się dzień po zestrzeleniu prezydenckiego samolotu, nie była dziełem przypadku. Masakry Tutsi zdarzały się regularnie na długo przed kwietniem 1994. Zestrzelenie samolotu było tylko pretekstem. Hutu od miesięcy czynili staranne przygotowania do unicestwienia rwandyjskiej mniejszości. Popularne w kraju Radio Tysiąca Wzgórz (potocznie zwane „Radiem Maczetą”) nazywało Tutsi karaluchami, pełzającym robactwem. Z inicjatywy rodzinnego klanu prezydenta utworzono milicję Interahamwe (po rwandyjsku „jedność” albo „działajmy razem”). W jej skład weszli zwykli ludzie: robotnicy, chłopi, bezrobotni, często sąsiedzi i przyjaciele Tutsi, na co dzień pracujący razem albo popijający piwo w lokalnych barach. Bojówkarzy z Interahamwe szkolono, jak poprawnie trzymać maczety i skutecznie ciąć karki. Najpierw tysiące, a potem setki tysięcy Hutu zjednoczyło się wokół wspólnego celu: zetrzeć Tutsi z powierzchni ziemi. I to dosłownie. Hutu palili bowiem dowody osobiste i niszczyli spisy ludności Tutsi w kancelariach parafialnych.

Świat patrzył

W pierwszych dniach ludobójstwa Sekretarz Generalny ONZ Boutros Boutros-Ghali odrzucił prośbę dowódcy sił UNAMIR (ang. United Nations Assistance Mission in Rwanda) Romeo Dallaire’a o pozwolenie na obronę cywilów rwandyjskich, z których wielu próbowało chronić się w bazach ONZ. Wielokrotne prośby o wzmocnienie kontyngentu również zostały odrzucone. ONZ nakazało bezstronność i nieangażowanie się w żadne walki. W efekcie podjęto decyzję o całkowitym wycofaniu sił pokojowych z rejonu konfliktu. Również Francja, Chiny i Rosja sprzeciwiły się interwencji, nazywając kwietniowe wydarzenia „wewnętrzną sprawą Rwandy”. Wreszcie, 29 kwietnia, ONZ przyznało, że „mogło dojść do aktów ludobójstwa”. Tyle że w samym okresie od 7 do 29 kwietnia według szacunków Czerwonego Krzyża zginęło już około 500 tys. osób. Bierność międzynarodowej opinii publicznej w tamtym czasie najlepiej obrazuje słynny przypadek francuskich żołnierzy, którzy grali sobie w siatkówkę na masowym grobie po masakrze w szkole w Murambi, w której zabito 50 tys. Tutsi.

Tempo i sposoby zabijania

Przez sto dni w Rwandzie zabijano dziesięć tysięcy ludzi dziennie, czterystu w ciągu godziny, siedmiu w ciągu minuty. Nie mam danych na ten temat, ale takie tempo przewyższa pewnie nawet Holocaust. Kraj tysiąca wzgórz i miliona uśmiechów, jak nazywa się Rwandę, zamienił się nagle w kraj miliona śmierdzących trupów. Jak zabijano? Różnie, najczęściej maczetą, choć nie tylko. Na przykład palono ludzi żywcem, odcinano po kolei kończyny, noworodki rozbijano o ściany budynków; głośny był też przypadek pewnego księdza (Hutu), który nakazał Interahamwe rozjechać buldożerami kościół, w którym schronili się Tutsi. Zginęło kilkanaście tysięcy osób.

Najgorzej miały jednak kobiety. Te najpierw bestialsko gwałcono. W swojej książce pt. „Dzisiaj narysujemy śmierć” Wojciech Tochman tak opisuje status kobiety w Rwandzie, cytując wiejskiego proboszcza:

„W ciągu dnia kobiety pracują. Nawet jeśli mąż znajdzie czasem jakieś dorywcze zajęcie i zarobi kilkaset franków, i tak nie odda ich żonie. Raczej kupi sobie primusa. Jego pieniądze – jego piwo. Żona zwykle nie ma o to pretensji. Zresztą czy on by jej słuchał? Zwykle za dużo z nią nie rozmawia. Żona w Rwandzie do roboty jest. I do seksu. No i do bicia, bo przemoc domową mamy tutaj ogromną. Mąż może zdradzać żonę. Na to jest przyzwolenie. Może spać, z kim chce. Ale żona musi być wierna. Choć nie tylko mężowi. Mają do niej prawo także bracia męża, ojciec męża i bracia jego ojca. Tak w Rwandzie było i czasem dalej tak bywa. Szczególnie wtedy, gdy mąż się gdzieś zapodzieje albo go zabiją. A to nie jest tu rzadkie. Najbardziej cierpi wdowa, za którą mąż nie dał krowy, kiedy był na to czas. Czyli na ślubie. Taka żona była dana na kredyt. On nie zdążył jej spłacić i gdzieś przepadł. Niezapłacona, a więc niczyja. Każdy ma do niej prawo, każdy może ją sobie wziąć. Tak jak na wsi po zmroku każdy może sobie wziąć dziewczynę, którą akurat spotka. Więc młode kobiety raczej same wieczorami nie spacerują. Bo to grozi gwałtem, a gwałt jest tutaj bezkarny. Zgwałcona przed ślubem dziewczyna nie jest warta nawet krowy.

Wcześniej mężczyźni Hutu patrzyli z pożądaniem na kobiety Tutsi. Powtarzali między sobą, że one inaczej smakują. Wielu wykształconych poślubiało je, by pokazać innym, że są tego warci. Ale dla większości kobieta Tutsi nie była dostępna. O jej ciele mogli tylko śnić. Aż do kwietnia w dziewięćdziesiątym czwartym, kiedy wszystko stało się dozwolone. Radio nawoływało mężczyzn: zasmakujcie tego, czego one tak długo wam odmawiały, bierzcie je, są wasze”.

I wzięli. Według różnych szacunków między kwietniem a lipcem 1994 r. zgwałcono od 350 do 500 tys. kobiet Tutsi. Te, które z jakichś powodów (urody, wszy, wieku, okresu, połogu) nie podniecały katów, były gwałcone drągiem lub czymkolwiek, co było wystarczająco twarde, podłużne i duże. Z kolei te bardziej atrakcyjne gwałcono tygodniami, ciągano od wsi do wsi, od wzgórza do wzgórza. W gwałtach często uczestniczyły kobiety Hutu. Rozbierały do naga swoje odpowiedniczki Tutsi, chcąc sprawdzić, za czym to tak wzdychali ich mężowie. A potem zagrzewały ich do gwałtu i skakały po porąbanych na kawałki ciałach. Często zmuszano dzieci do trzymania nóg matki tak, by kat miał do niej łatwiejszy dostęp. Dorastających chłopców zmuszano do gwałcenia swoich matek, a w trakcie odcinano im kończyny. I wiele innych bestialstw, którymi można by obdzielić jeszcze co najmniej kilka części niniejszego wpisu.

Podsumowanie

Ludobójstwa zdarzają się na każdej szerokości geograficznej, również w tak zwanym cywilizowanym świecie. Daleko szukać nie trzeba. Podczas gdy w Rwandzie mordowano Tutsi, w Europie trwała wojna na Bałkanach. Zaledwie rok po wydarzeniach w kraju tysiąca wzgórz i miliona uśmiechów, tj. w lipcu 1995, miała miejsce masakra w Srebrenicy. Przyczyny ludobójstw są zróżnicowane i rozwijają się nawet przez dziesięciolecia. Na ogół jednak mają podłoże albo etniczne, albo ideologiczne. Zwłaszcza przed tym ostatnim często ostrzegam na The Spinning Top Blog.

Niniejszy wpis ma charakter stricte edukacyjny i jest jedynie zarysem tego, co wydarzyło się w 1994 roku w Rwandzie. Tym razem wstrzymam się od osobistych refleksji, z dwóch powodów. Po pierwsze: ostatnio żywo interesuję się tym okresem i nie zdążyłem jeszcze przetrawić tych wszystkich makabrycznych relacji, zeznań świadków, materiałów wideo oraz samego podłoża ideologiczno-etnicznego tego konfliktu. Po drugie: niech każdy sam wyciągnie wnioski i pochyli się choć przez chwilę nad tym tragicznym wydarzeniem w dziejach człowieczeństwa. Ja na przykład wciąż zadaję sobie pytanie: co musiałby zrobić mi sąsiad, przyjaciel, żebym rozłupał mu głowę maczetą? Czy wystarczyłby zły klimat polityczny? nagonka? presja ze strony moich pobratymców? nawoływanie do zabijania w radiu? poczucie solidarności? nienawiść? pożądanie do jego kobiety? W tamtym czasie każdy z tych powodów był wystarczająco dobry…

Dla zainteresowanych polecam: książkę Wojciecha Tochmana pt. „Dzisiaj narysujemy śmierć” (cytowaną i parafrazowaną w niniejszym wpisie) oraz filmy „Hotel Rwanda”, „Strzelając do psów” i „Podaj rękę diabłu”.

Źródła zdjęć:
1. Dzieci (czarno-białe): wikimedia commons („Kigali orphans” by TKnoxB from Chemainus, BC, Canada).
2. Dzieci (kolorowe): wikimedia commons („Rwandan children at Volcans National Park” by Sarel Kromer).

Polub bloga na Facebooku:
http://www.facebook.com/thespinningtopblog.

Zobacz też: Śmierć jak główka kapusty (1).

By | 2018-05-27T08:47:19+00:00 3 sierpnia 2014|4 komentarze

About the Author:

Kamil Cywka
Tłumacz, lektor, publicysta-amator, pisarz. Autor powieści pt. „Bękart”. Konserwatysta, leseferysta, wolnorynkowiec. Interesują mnie głównie dziedziny takie jak historia, filozofia, polityka, ekonomia, ideologie, doktryny oraz sprawy społeczne. Na The Spinning Top Blog staram się poruszać tematy pomijane w mediach głównego nurtu oraz promować wolność, samodzielne myślenie i świadome życie we wszystkich jego aspektach.

4 komentarze

  1. […] Poprzedni Następny […]

  2. […] Czytaj dalej: Śmierć jak główka kapusty (2). […]

  3. […] Czytaj dalej: Śmierć jak główka kapusty (2). […]

  4. […] Czytaj dalej: Śmierć jak główka kapusty (2). […]

Zostaw komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.