Zawsze chciałem to zrobić. Stworzyć zestawienie najlepszych płyt w historii polskiego rapu, czyli gatunku, którego słucham nieprzerwanie mniej więcej od 1997 roku. Nie jestem dziennikarzem muzycznym ani zawodowym recenzentem, nie mam wykształcenia muzycznego, a na gatunki inne niż rap jestem raczej zamknięty. To jednocześnie wada i zaleta. Z jednej strony bowiem moje horyzonty muzyczne nie są szerokie, z drugiej jednak mam tzw. „wąską specjalizację”. Znam całą klasykę amerykańską, wiele albumów wydanych w późniejszym okresie i wybrane rzeczy najnowsze. Z kolei z polskim rapem jestem niemal od początku jego istnienia. Bacznie śledzę jego rozwój i kształtujące się w jego ramach nurty. Znam na pamięć tak wiele płyt, że spokojnie mógłbym zostać hypemanem niektórych wykonawców ;-). Wprawdzie nie sposób dzisiaj sprawdzać wszystkiego, ale żeby być uczciwym wobec siebie słuchaczem, staram się sprawdzać przynajmniej większą część tego, co wychodzi w polskim rapie. Ponadto mam pokaźną kolekcję płyt i regularnie chodzę na koncerty. Czy to daje mi legitymację do tworzenia tego typu rankingów, to już oceńcie sami.

Dlaczego 15, a nie 10? Dlatego, że 10 to za mało, a 20 za dużo. Przy zaledwie dziesięciu pozycjach z zestawienia wypadły albumy wybitne, z których nieuwzględnieniem nie byłem w stanie się pogodzić. Z kolei przy dwudziestu pozycjach ranking rozszerzał się o płyty znakomite, ale nie „jedne z najlepszych”. Po długich przemyśleniach uznałem, że piętnaście to optymalna liczba. Mam też nadzieję, że zestawienie zainteresuje nie tylko fanów polskiego rapu, lecz także ludzi o szerszych horyzontach muzycznych.

Kryteria

Każdy dobry ranking powinien kierować się zestawem określonych kryteriów, jak najbardziej zbliżonych do obiektywnych. Pełny obiektywizm jest oczywiście niemożliwy. Muzyka to uczta dla duszy i takie zestawienie siłą rzeczy będzie zawierać elementy subiektywnej oceny. Każdemu czytelnikowi zabraknie w nim jakiegoś albumu; część oburzy się na niską pozycję danej płyty względem innej. Subiektywizmu nie da się tutaj uniknąć, więc nawet do tego nie dążę. Starałem się natomiast wybrać w miarę obiektywne kryteria selekcji albumów do tego zestawienia. Oto one:

  1. Muzyka + tekst. W niniejszym rankingu znajdują się tylko płyty kompletne, tzn. takie, które mają jednocześnie wybitną warstwę muzyczną i tekstową. Innymi słowy nie mają wad. W historii polskiego rapu mamy wiele przykładów genialnych zwrotek na koszmarnych bitach, albo odwrotnie – muzycznych arcydzieł oszpeconych wynurzeniami przeciętnych raperów.
  2. Data wydania nieistotna. Kiedyś na pomeczowej konferencji jeden polski trener zapytany, dlaczego w wyjściowej jedenastce zabrakło najbardziej zasłużonego dla klubu gracza, odparł, że „za zasługi to się na Powązkach leży”. Słusznie nawinął Zeus w jednym z kawałków, że „klasykiem się nie staje chłam przez datę premiery”. Sentymenty zostawmy z boku. W rapie jak w piłce – jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz. W polskim rapie było wiele płyt, które „przyczyniły się do rozwoju” tego gatunku. Na dany moment były rzeczywiście przełomowe. Niestety nie przetrwały próby czasu. Zestawienie zawiera również kilka względnie nowych albumów. W ich przypadku wkrada się nam subiektywizm, ponieważ nie wiadomo, czy zdołają taka próbę przetrwać. Niemniej jednak mają tak duży potencjał i nośność, że wierzę, iż tak się stanie.
  3. Płyty, nie raperzy. Wiadomo, że X „wielkim raperem był/jest”. Ale i jemu zdarzają się płyty słabsze, albo tworzy płyty znakomite, ale nie wybitne. W rankingu próżno szukać Molesty, Peji, Tedego, Ostrego, Płomienia, Donguralesko i innych. To wspaniali artyści, często niezwykle wszechstronni, jak chociażby O.S.T.R., ale nie zdarzyła im się płyta, którą w porównaniu do tych z zestawienia można by nazwać „jedną z najlepszych w historii”.

Poniższe zestawienie powstało w oparciu o powyższe kryteria i, jak pisałem wyżej, nie ucieka ono od subiektywizmu. Zapraszam do dyskusji.

15. „Kilka numerów o czymś” – Małpa (2009)

Małpa nagrywa rzadko, ale gdy już to robi, to tylko dobrze. „Kilka numerów o czymś” to płyta wyprodukowana w całości na truskulowych bitach z dobrze dopasowanymi cutami i skreczami. To nadaje jej spójności. Chętnie wracam do tego albumu, bo jest dla mnie definicją inteligentnego, dojrzałego truskulu. Warstwa liryczna też trzyma wysoki poziom. Wersy Małpy bywają proste, a artysta ma swoje potknięcia, ale gdy już uderzy takim prostym wersem, to zawsze w punkt. Moje ulubione utwory z płyty to „Miałem to rzucić”, „Nie byłem nigdy”, „Pozwól mi nie mówić nic” i „Paznokcie”.

14. „Nowe rzeczy” – Kękę (2015)

Kękę przebojem wdarł się do czołówki polskiej sceny hip-hopowej. Nie ma na tej scenie drugiego tak charyzmatycznego rapera. Nieco chropowaty głos, dosadne teksty, w sumie niewiele rymów, za to mocno osobisty rap z licznymi akcentami patriotycznymi. Na „Nowych rzeczach” nie ma ani jednego słabszego utworu. Warstwa muzyczna jest bardzo urozmaicona. Każdy kolejny bit na płycie jest doskonały i zupełnie inny od poprzedniego. Myślę, że potencjał tej płyty jest wciąż nie w pełni odkryty. Warto dodać, że kawałki Kękę mają ogromną moc koncertową. Nie przypominam sobie artysty w polskim rapie, którego repertuar tak bardzo porywałby publikę na koncercie. Nie wyróżniam żadnego konkretnego utworu z tej płyty, bo musiałbym wyróżnić wszystkie.

13. „Wilk chodnikowy” – Bisz (2012)

To płyta absolutnie wyjątkowa w polskim rapie. Nie ma w tym gatunku drugiego tak melancholijnego, by nie powiedzieć smutnego, albumu. „Wilka chodnikowego” najlepiej słuchać w domowym zaciszu. Jeśli aktualnie masz doła, to po jego wysłuchaniu, może się on tylko pogłębić. Jeśli zaś lubisz snuć refleksje o życiu, to znajdziesz ich wiele na tej płycie. Do oryginalnego wydania są dołączone wiersze Bisza, które stanowią ciekawe uzupełnienie muzyki. Na „Wilku chodnikowym” warstwa liryczna jest głęboka i refleksyjna, a muzyczna – niekonwencjonalna, artystyczna, zróżnicowana i inspirowana innymi gatunkami. Wyróżniłbym następujące utwory: „Jestem bestią”, „Wnyki” i „W biegu”.

12. „Zeus. Nie żyje” – Zeus (2012)

Singiel „Hipotermia” to bodaj jeden z najpiękniejszych utworów w polskim rapie w ogóle. Ale na „Zeus. Nie żyje” nie brakuje innych doskonałych utworów. W tym gatunku nie słyszałem drugiej tak urozmaiconej muzycznie płyty. To nie są zwykłe rapowe „kawałki”. To muzyka pełną gębą. Warto w tym miejscu dodać, że jej autorem jest również sam Zeus. Spektrum tematów jest bardzo szerokie, każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zeus to człowiek wszechstronny: na każdym bicie płynie inaczej, a jego nawijka świetnie komponuje się z poszczególnymi utworami. Producent i raper w jednej osobie ma tę przewagę nad innymi, że idealnie „czuje” każdy utwór. Oprócz wspomnianej „Hipotermii” wyróżniłbym „Śnieg i lód”, „Symfonię smaków”, „Muzykę, miłość, przyjaźń” i „Strumień”.

11. „3” – Grammatik (2005)

Ta płyta, niesłusznie, nie odbiła się jakimś szerokim echem w hip-hopowej społeczności. Bardzo dojrzała, mądra i spójna muzycznie. Bity są skromne, ale niezwykle klimatyczne. Lubię do niej wracać, gdy chcę w wygodnym fotelu posłuchać spokojnego, refleksyjnego rapu. „3” było szczytowym osiągnięciem tego duetu, „Podróże” już nie zasługują na takie uznanie. Nie wyróżniam żadnego utworu, bo płyta stanowi idealną całość, jest spójna muzycznie i lirycznie.

10. „Witam Was w rzeczywistości” – WWO (2005)

Pierwszą dziesiątkę otwiera połówka dwupłytowego albumu WWO z warstwą liryczną w całości według koncepcji Sokoła. Połówka Jędkera jest już znacznie słabsza, więc pozwolę sobie ją pominąć. Jeśli można tej płycie cokolwiek zarzucić, to chyba tylko to, że jest nieco przydługa. Osobiście wyrzuciłbym ze trzy kawałki, które niekoniecznie wpisują się w jej klimat. Zielone opakowanie z półnagimi dziewczynami zna każdy fan rapu, podobnie jak większość znakomitych utworów z refleksyjnym „Mogę wszystko”, prześmiesznym „Zen” i ultra klimatycznymi „Promieniami”. Gdybym miał robić zestawienie najlepszych singli w polskim rapie, to ten ostatni utwór zająłby w nim wysokie miejsce.

9. „Efekt” – Fenomen (2001)

Kultowa płyta. Oprócz nieobecnego w tym rankingu debiutu Liroya nic wcześniej ani później tak nie zawojowało polskich blokowisk. Boże, jak to bujało podwórkami. Setki zużytych baterii w boomboxach, b-boye na matach i walące w ściany sąsiadki. Ale miało nie być sentymentalnie. Ta płyta przetrwała w pełnej krasie próbę czasu. Jeśli twierdzisz inaczej, to „posłuchaj, usiądź, zastanów się i dopiero coś powiedz” ;-).

8. „We własnej osobie” – WWO (2002)

Druga płyta WWO pozamiatała rap grę na długie lata. Kawałki takie jak „Damy radę”, „Sen” czy „W wyjątkowych okolicznościach” to już kanon. Ciągle brzmią tak samo dobrze, a w zalewie chłamu – nawet lepiej. Nie będę się rozpisywać na temat tego albumu. Każdy fan rapu zna go na pamięć. Od siebie dodam tylko, że rozpad WWO był wielką stratą dla polskiego rapu. Chciałbym zobaczyć, w jakim kierunku ewoluowałby ten kultowy duet.

7. „Światła miasta” – Grammatik (2000)

Tego albumu nikomu nie trzeba przedstawiać. Nie tylko przetrwał próbę czasu, ale wciąż jest podziwiany i chętnie słuchany zarówno przez fanów gatunku, jak i osoby zupełnie niezwiązane z rapem. To jeden z tych albumów, który jest twarzą gatunku, jego wizytówką, pomostem do innych rodzajów muzyki. Refleksyjny, głęboki, ponadczasowy. O ile w przypadku WWO pisałem, że żałuję rozpadu, tak tutaj uważam, że pewnym rzeczom należy pozwolić odejść z godnością. Eldo solo w pełni udźwignął spuściznę Grammatika, na solówkę Sokoła z prawdziwego zdarzenia wciąż czekamy.

6. „Kinematografia” – Paktofonika (2000)

Numer sześć to legendarna „Kinematografia”. Nie wyobrażam sobie tego zestawienia bez tej płyty. Zdecydowanie przetrwała próbę czasu, nawet pomijając niedawny hype, jaki na nowo wytworzył się wokół niej po filmie „Jesteś Bogiem”. Niektóre wersy z tego albumu weszły już niemal do popkultury, inne są bardziej zagadkowe, jeszcze inne uniwersalne, ponadczasowe. Ciekawe, że płyta na tak surowych bitach nie przestaje dawać ciarek, gdy się jej słucha. Wygląda na to, że jej siła tkwi w prostocie i autentyzmie. W tym przypadku nie muszę wyróżniać żadnego utworu – „Kinematografię” znają nawet ludzie, którzy na co dzień nie słuchają takiej muzyki.

5. „Wszystko z dymem” – Włodi (2014)

Trzeba mieć wielką klasę i pewność siebie, by na bitach, jakich nie znała polska rap gra, kłaść sobie jedną, maksymalnie dwie zwrotki. Po przeciętnym „W” Włodi kazał nam czekać blisko 10 lat na kolejny album. Ale wrócił odmieniony, w stylu, w jakim nie wrócił nigdy żaden weteran polskiej sceny hip-hopowej. Na ogół takie powroty to popłuczyny po wielkiej legendzie albo odcinanie od niej kuponów. „Wszystko z dymem” to muzyczne arcydzieło. Zrobienie dobrej koncept-płyty jest bardzo trudne. Włodi i DJ B tego dokonali. Wbrew obiegowej opinii warstwa tekstowa nie jest o jaraniu. To tylko motyw spajający płytę i narzędzie do niesienia dojrzałego przekazu dojrzałego faceta. Zaledwie 10 utworów, ale nie chciałbym więcej. Uwielbiam czuć ten niedosyt za każdym razem, gdy jej słucham. A będę słuchać jeszcze długo. Żadnego kawałka nie wyróżniam, każdy jest klasą samą w sobie i wyprzedza scenę gdzieś tak o dekadę.

4. „Muzyka klasyczna” – Pezet/Noon (2002)

To, co zrobił Noon na tej płycie, już nigdy się nie powtórzy. To definicja kunsztu producenckiego. Czasami myślę, że to Pezet, choć świetny, jest tam dodatkiem. To również jedna z tych płyt, które promują rap poza naszym dość hermetycznym środowiskiem. Na pewno znajdą się osoby, dla których ta płyta to numer jeden. Doskonale Was rozumiem.

3. „Eternia” – Eldo (2003)

Ścisłą czołówkę otwiera „Eternia”. Czy kogoś to dziwi? Owszem, mogłaby być niżej, ale w moim odczuciu zasługuje na pierwszą trójkę. W porównaniu z poprzednim miejscem „Eternia” ma zdecydowanie bogatszą, poważniejszą warstwę liryczną. Tu nie ma lekkich utworów. Niektóre są wręcz poetyckie. Wielu słuchaczy wciąż na nowo odkrywa głębię myśli zawartą w tym albumie. „Zza szyby” to jeden z najpiękniejszych bitów, jakie kiedykolwiek słyszałem.

2. „Zapiski z 1001 nocy” – Eldo (2010)

Nie mam cienia wątpliwości, że to numer dwa. To nie jest zwykła płyta. To fascynująca podróż przez cztery pory roku, przez Warszawę, uczucia, kulturę miejską. Na „Zapiskach” styl Eldo w pełni dojrzał, w pełni się ukształtował. Odstępy między utworami są tylko symboliczne, co sprawia, że wszystko zlewa się w jedną długą całość, cieszącą ucho do samego końca. Co ważne, ta płyta jest radosna, wesoła, nie dołuje. Nawet te głębsze utwory są utrzymane w przystępnej, luźnej konwencji. Majstersztyk.

1. „Parias” – Parias (2011)

Numer jeden ma obowiązek bronić się sam. Włącz płytę, posłuchaj, (d)oceń.

Źródła zdjęć:
1. www.popmatters.com.

Polub bloga na Facebooku:
http://www.facebook.com/thespinningtopblog.

Zobacz też: Świadomy rap.