Gdy 21 kwietnia 1519 roku hiszpański konkwistador Hernan Cortes wylądował wraz ze swoim niewielkim oddziałem u wybrzeży dzisiejszego Meksyku, miał dwa cele: szerzyć wiarę chrześcijańską i zagrabić jak najwięcej złota. Po wyczerpującej, wielomiesięcznej wędrówce naznaczonej potyczkami z miejscową ludnością dotarł do „Miasta ze Snu”, Tenochtitlanu (obecnie miasto Meksyk), czyli stolicy potężnego imperium Azteków, które obejmowało tereny od północnego Meksyku aż po dzisiejszą Gwatemalę. Po drodze Cortes zawiązywał sojusze z niektórymi plemionami, niezadowolonymi z faktu, że jako lennicy wielkiego azteckiego władcy Montezumy musieli płacić mu wysokie daniny.

Wobec uległości Montezumy, który wierzył, że przybycie „ludzi ze wschodu” to wypełnienie pradawnej azteckiej przepowiedni, Hiszpanie szybko przejęli władzę w mieście. Początkowy zachwyt nad pięknem położonego na wodzie Tenochtitlanu, w tamtym czasie jednego z największych miast na świecie, którego populacja wielokrotnie przewyższała populację Paryża czy Londynu, szybko ustąpił żądzy grabienia i narzucania swojej woli. Pewnego razu, podczas Tezcatlipoki, najważniejszego święta Azteków, stała się rzecz straszna. W obawie przed narastającym w mieście napięciem i realną groźbą wybuchu zbrojnego powstania Hiszpanie dokonali pokazowej rzezi na głównym placu Tenochtitlanu. Zginęła większość azteckiej arystokracji i doświadczonych wodzów wojskowych, łącznie kilka tysięcy osób. Hiszpanie w amoku obcinali Aztekom kończyny i wypruwali organy. Następnie odrywali od szat na wciąż dogorywających ciałach wszelkie złote elementy i kamienie szlachetne. To samo robili sprzymierzeni z konkwistadorami Tlaskalanie, tyle że ich zupełnie nie interesowało złoto. Tlaskalanie, podobnie jak wszyscy Aztekowie, wyżej cenili pióra kolorowego ptaka kwezala, którego wizerunek znajdziemy dziś na fladze i w godle Gwatemali oraz w nazwie jej waluty…

Ta smutna i krwawa historia uczy nas, że wartość to rzecz względna. Istnieją jej trzy rodzaje: użytkowa, postrzegana i monetarna. Często danemu przedmiotowi możemy przypisać więcej niż jeden rodzaj wartości. Na przykład kubek, który stoi na moim biurku, ma wartość przede wszystkim użytkową. Co mogę z nim zrobić? Mogę napić się z niego kawy, wsypać do niego paluszki albo rzucić nim o ścianę, przy czym z tej ostatniej opcji jeszcze nie korzystałem. Jeśli udałoby mi się przekonać kogoś, że z mojego kubka pił kawę prezydent USA, być może nabrałby on dodatkowo dużej wartości postrzeganej (oczywiście on takową też ma, ale raczej znikomą). Nigdy natomiast nie będzie mieć on wartości monetarnej, gdyż nie spełnia wielu kryteriów, o których piszę we wpisie pt. Waluta a pieniądz.

Podobnie pióra kwezala. Zderzenie cywilizacji europejskiej i azteckiej pokazało, że miały one wartość postrzeganą. Dla Hiszpanów bezwartościowe, dla Azteków cenniejsze niż złoto. Miały również wartość użytkową – służyły azteckim dostojnikom i arystokracji jako ozdoby. Niewykluczone, że w pewnym zakresie używano ich także w wymianie barterowej, przy czym nie stanowiły one waluty we współczesnym rozumieniu tego słowa. Podobnie jak kubek nie spełniały kryteriów jednostki rozliczeniowej. Ciężko byłoby bowiem znaleźć dwa identyczne pióra (podobny problem mieli Egipcjanie z grudkami złota).

Z oczywistych względów (gabaryty, niepodzielność itp.) wartości monetarnej nie może mieć też na przykład auto. Ma za to wartość użytkową i postrzeganą. Jeśli wskażemy dowolny samochód stojący na parkingu i spytamy osobno pięć przypadkowych osób, ile według nich jest wart, istnieje małe prawdopodobieństwo, że padnie ta sama kwota.

Weźmy banknot. W odróżnieniu od auta jego wartość użytkowa jest znikoma. Co można bowiem zrobić z tak małym kawałkiem papieru? Wytapetować sobie ścianę? Używać w kuchni zamiast ręcznika papierowego? Podetrzeć sobie…? Banknot nie ma też wartości postrzeganej, ponieważ ma nominał. Twoje dziesięć złotych ma dokładnie taką samą siłę nabywczą jak moje dziesięć złotych. Banknot ma przede wszystkim wartość monetarną, czyli jest jednostką rozliczeniową na danym obszarze geograficznym.

Bodaj najciekawszym przykładem w tych krótkich dywagacjach o wartości jest złoto. Do 1971 r. miało ono wszystkie trzy rodzaje wartości: użytkową, bo jest używane choćby w elektronice i jubilerstwie; postrzeganą, bo jest towarem notowanym na światowych giełdach towarowych; oraz monetarną, bo do momentu odejścia przez prezydenta Nixona od parytetu złota było uniwersalną jednostką rozliczeniową na całym świecie.

Podsumowanie

Ludzie często zadają mi pytanie o to, w co inwestować. Najczęściej unikam odpowiedzi. Finanse osobiste to zbyt poważna i indywidualna sprawa, by powierzać je obcej osobie. Jeśli o mnie chodzi, to na swoje inwestycje zawsze patrzę przez pryzmat opisanych trzech wartości. Właściwie każdemu przedmiotowi czy aktywu możemy przypisać jedną lub więcej z nich. Każda jest na swój sposób ważna, zwłaszcza w niepewnych czasach. Nie na darmo tzw. preppersi mówią, że na trudne czasy wystarczy mieć bullets, beans and band-aids (amunicję, fasolę w puszce i opatrunki). To jaką wartość ma fasola? No, zależy kiedy…

Źródła zdjęć:
1. By https://www.flickr.com/photos/jquental [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons.
2. www.telegraph.co.uk.

Polub bloga na Facebooku:
http://www.facebook.com/thespinningtopblog.

Zobacz też: Ciekawostki finansowe.