Według opublikowanej niedawno przez Fundację Republikańską mapy wydatków państwa wydatki sektora publicznego w Polsce to 708 mld złotych, z czego największa część przypada na emerytury i renty (prawie 217 mld zł.). Mimo tak wielkich nakładów na ten cel (wzrost o 7,3 mld w stosunku do poprzedniego roku) co i rusz wraca temat upadku ZUS-u, niektórzy wieszczą, że rychłego.

Coraz więcej ludzi w Polsce zaczyna zdawać sobie sprawę, że ZUS to klasyczna piramida finansowa. Określenie to pochodzi od niejakiego Charlesa Ponziego, który w latach 20. ubiegłego wieku zaraził gorączką inwestycyjną pół Ameryki. Jego historię można przeczytać choćby na Wikipedii. Po Charlesie P. piramid finansowych próbowało jeszcze wielu cwaniaków. Z najnowszych przykładów warto wymienić Bernarda Madoffa, skazanego w 2009 r. na 150 lat więzienia za stworzenie piramidy, w której poszkodowanych zostało około 13,5 tys. inwestorów i organizacji. Przykładów z naszego podwórka daleko szukać nie trzeba. Amber Gold dobitnie pokazało, że nie wszystko złoto, co się świeci…

W największym skrócie piramida finansowa to system, który polega na tym, że aby wypłacić zyski (świadczenia) dotychczasowym członkom, trzeba cały czas pozyskiwać nowych. Dopóki do systemu napływają nowi członkowie, dopóty wszystko działa bez zarzutu. Tego typu system, podobnie jak natura, nie znosi próżni i nie może sobie pozwolić na jakiekolwiek przestoje. Niestety ZUS właśnie przeżywa taki przestój. Prognozy demograficzne dla Polski są katastrofalne. Nowych członków brakuje zatem już teraz, a będzie tylko gorzej. Piramida finansowa pod nazwą ZUS jest systemem matematycznie skończonym. Zaklinanie rzeczywistości przez polityków nic tu nie pomoże. Nasuwa się więc pytanie: co z tym zrobić? Oczywiście system można uszczelniać, likwidować przywileje, KRUS itd., ale to nie rozwiązuje problemu, a jedynie odkłada w czasie to, co nieuchronne.

Nie jestem żadnym ekspertem w tej dziedzinie, a niniejszy wpis tworzę z perspektywy obywatela zatroskanego o przyszłość swoją i swojej rodziny. Niepokoi mnie zwłaszcza postawa ludzi młodych. Z tego, co obserwuję, to spora część z nas (mam 31 lat) jest pogodzona z tym, że „emerytur i tak nie będzie”. No dobrze, skoro nie będzie, to niech rządzący oddadzą nam te pieniądze, które co miesiąc wpłacamy na poczet tych przyszłych emerytur. To żadna łaska, skoro „emerytur nie będzie”. Niestety taki zwrot nie wchodzi w rachubę, bo piramida finansowa raz wprawiona w ruch, musi się kręcić.

Ostatnio natknąłem się gdzieś w necie na pomysł tzw. „emerytur rodzinnych”. Jako człowiek stronię od skrajności, dlatego pomysł ten przypadł mi do gustu. Nie jest to jakiś skonkretyzowany projekt z wyliczeniami i prognozami, a jedynie koncepcja, która rzecz jasna wymaga uszczegółowienia i szerokiej debaty publicznej. Oto główne założenia „systemu emerytur rodzinnych”:

  • Z grubsza system polega na tym, że syn/córka płaci składki na przyszłą emeryturę swojej matki/swojego ojca. Nie na anonimową osobę czy ogół społeczeństwa, ale konkretnie na swoich rodziców. Składki są księgowane na wspólnym koncie i nie wypływają poza rodzinę (są oczywiście dziedziczone). Gdy w rodzinie jakaś osoba osiąga wiek emerytalny, może zacząć korzystać ze środków zgromadzonych na koncie. System jest obowiązkowy – dzieci mają obowiązek płacić na emeryturę swoich rodziców, a ich dzieci na ich emeryturę itd.
  • System jest obowiązkowy również dla par bezdzietnych w zalegalizowanych związkach – takie osoby płacą składki na emeryturę współmałżonka/partnera.
  • System nie obejmuje związków niezalegalizowanych (z dziećmi lub bez) i osób samotnych. Takie osoby są traktowane jak osoby samotne, które mogą w dowolny sposób oszczędzać na swoją emeryturę. Nie płacą składek, ale i nie dostają nic w zamian.
  • Na nowy system przechodzimy płynnie: likwidujemy ZUS (a co za tym idzie składki), podatek dochodowy i być może kilka innych danin publicznych, ale narzucamy obowiązek płacenia na świadczenia (utrzymanie) swoich rodziców. Od tej pory państwo polskie utrzymuje wyłącznie osoby samotne, które nabyły prawo do emerytury przed wprowadzeniem nowego systemu, aż do ich śmierci (przeciętny Polak pobiera emeryturę średnio 8 lat, więc nie trwałoby to długo). Natomiast wszystkie osoby posiadające rodzinę, oraz te wchodzące na rynek pracy, zwłaszcza ludzie młodzi, automatycznie przechodzą na system emerytur rodzinnych.
  • Jako że nowy system jest poważną, daleko idącą zmianą, w okresie przejściowym, powiedzmy 10-15 lat, państwo będzie równolegle utrzymywać system osłon socjalnych oraz wsparcia rzeczowego i/lub finansowego dla osób słabo zarabiających w celu oswojenia ludzi z nowymi realiami, z zaznaczeniem, że po zakończeniu okresu przejściowego emerytura w typowym państwowym wydaniu przestaje istnieć.

Oczywiście są to tylko założenia pewnej koncepcji. Zapewne musiałyby jej towarzyszyć również rozwiązania natury systemowej w innych obszarach funkcjonowania państwa. W moim odczuciu jest to koncepcja ewolucyjna, nie rewolucyjna, która daje nadzieję na uniknięcie przykrych konsekwencji ewentualnego nagłego upadku obecnego systemu. Ciekaw jestem Waszych opinii/sugestii na ten temat.

Źródła zdjęć:
1. ZUS: wyborcza.pl
2. Emeryci: wiadomości.wp.pl

Polub bloga na Facebooku:
http://www.facebook.com/thespinningtopblog.

Zobacz też: Chcą nas spałować.