Ilekroć jakiś bank centralny obniża stopy procentowe, media pieją z zachwytu, tłumacząc nam, że rozkręca to gospodarkę, zwiększa dostępność kredytów i przynosi ulgę osobom spłacającym kredyty mieszkaniowe. Ostatnio Europejski Bank Centralny (EBC) obniżył stopę depozytową do -0,1 proc. oraz główną do 0,1 proc. Czy powinniśmy się cieszyć?

Decyzja EBC dotyczy oczywiście strefy euro, ale sam problem jest o wiele głębszy niż twoja czy moja hipoteka. Rzućmy najpierw okiem na stopy procentowe na świecie. Państwa, które z różnych przyczyn borykają się z inflacją i problemami gospodarczymi, mają wysokie stopy procentowe. Należą do nich na przykład Iran (14,15 proc.), Argentyna (14,84 proc.)  i Wenezuela (16,38 proc.). Wartość riala poleciała na łeb na szyję po tym, jak Amerykanie odcięli Iran od systemu SWIFT. W Wenezueli i Argentynie socjalizm i majstrowanie przy gospodarce co rusz doprowadzają do kryzysów. O Argentynie piszę szerzej tutaj. W przypadku tych krajów naturalne jest, że stopy procentowe są wysokie; w przeciwnym razie wszystko posypałoby się do reszty. Z kolei na przeciwnym biegunie mamy Euroland (0,1 proc.), Japonię (0,00 proc.) czy USA (0,25 proc.). Taka sytuacja rodzi wiele konsekwencji, na temat których milczą media głównego nurtu.

Spirala długu

Niskie stopy procentowe mają na ogół kraje, które nie radzą sobie ze spłatą swojego zadłużenia. Dla nich nawet najmniejszy wzrost stopy, według której liczone są odsetki od emitowanych przez nie obligacji, może okazać się gwoździem do trumny. Wystarczy spojrzeć na pozycje poszczególnych krajów na liście najbardziej zadłużonych państw świata i porównać je ze stopami procentowymi obowiązującymi w tychże krajach. Listę tę otwiera Japonia, a w pierwszej dziesiątce jest 5 krajów Eurolandu. Niskie stopy procentowe zachęcają do jeszcze większego zadłużania się, a ponadto sankcjonują sytuację, w której pieniądz jest bezwartościowy. We współczesnym systemie monetarnym pieniądz jest towarem, a skoro taki towar można mieć za darmo lub prawie za darmo, to oznacza to nic innego jak to, że nie przedstawia on wielkiej wartości. Oczywiście nie każdy, a wręcz mało kto, może ten towar mieć za darmo, o czym dalej. W efekcie dochodzi do tak groteskowej sytuacji, że przy stopie depozytowej -0,1 proc. to ty płacisz bankowi za trzymanie w nim swoich pieniędzy, a nie odwrotnie.

Finansowy apartheid

Słowo apartheid kojarzy nam się przede wszystkim z RPA, gdzie w latach 1948-1994 panowała segregacja rasowa. Dziś apartheid przybrał inną, mniej namacalną postać, przy czym mechanizm podziału ludzi na lepszych i gorszych pozostał niezmieniony. Obecnie mamy do czynienia z apartheidem finansowym.

Apartheid finansowy to świat, w którym ludzie lepsi są oddzieleni od gorszych długim, niewidzialnym murem. Jeśli jesteś po właściwej stronie tego muru, to masz nieograniczony dostęp do czystej gotówki z banku centralnego, oprocentowanej na przykład na 0,01 proc, jak w Eurolandzie. Możesz sobie za nią kupić dajmy na to obligacje jakiegoś kraju oprocentowane na 5 proc. i zarobić kupę kasy, nie ponosząc przy tym ryzyka. Możesz też przejąć sobie jakąś mniejszą, innowacyjną spółkę, która stanowi twoją bezpośrednią konkurencję i zagraża twojej pozycji na rynku, albo zainwestować w rynek nieruchomości w Londynie czy w Warszawie (zanim ceny wzrosną), napompowując bańkę epickich rozmiarów. Dlaczego nie, w końcu kasę masz za darmo.

A co z tymi gorszymi? No cóż, znaleźli się po niewłaściwej stronie muru i pozostają im karty kredytowe, kredyty na kilkanaście albo kilkadziesiąt procent, albo taka Wonga, której nie tak dawno brytyjska komisja etyki reklamy zabroniła mówić w spotach, że oprocentowanie na poziomie 5853 proc. jest „nieistotne”. Ci gorsi mogą sobie za tę kasę kupić na przykład przytulne, 28-metrowe (tzw. kompaktowe) mieszkanko na Mokotowie w kredycie na 30 lat, albo wpłacić na konto oszczędnościowe na -0,01 proc. To ostatnie to oczywiście pewne przejaskrawienie, bo banki komercyjne nie stosują wobec klientów oficjalnej stopy depozytowej w stosunku jeden do jednego. Niemniej jednak niskie stopy procentowe zniechęcają do oszczędzania, a zachęcają do zadłużania się.

Trickle-down economics

Koncepcja trickle-down economics mówi, że ulgi podatkowe i niskie stopy procentowe dla możnych tego świata powodują, że koniec końców ta kasa i tak „skapuje” (trickle) zwykłemu człowiekowi z ulicy. Nic bardziej mylnego. Większość tej darmowej gotówki nie zostaje wprowadzona do obiegu gospodarczego. Innymi słowy nie trafia do przedsiębiorstw ani ludzi, którzy tworzą jakieś realne dobra (produkty, usługi). Zamiast tego w tych niepewnych czasach banki parkują te pieniądze na kontach banków centralnych, przejmują za bezcen aktywa bankrutujących państw, albo lokują w instrumenty finansowe, nieruchomości i akcje, tym samym pompując bańki.

Dwadzieścia lat po zniesieniu segregacji rasowej w RPA oraz czterdzieści dziewięć lat po zniesieniu praw Jim Crow w USA apartheid ma się dobrze. Przybrał po prostu inną postać i – inaczej niż kiedyś – nie rozróżnia rasy. Dla nowego apartheidu każdy nadaje się na potencjalnego niewolnika.

Źródła zdjęć:
1. Dziecko: www.palestinefolder.blogspot.com
2. Dziecko na rowerze: www.english.al-akhbar.com/node/15639.

Polub bloga na Facebooku:
http://www.facebook.com/thespinningtopblog.

Zobacz też: Co ty kurwa wiesz o pieniądzu.